Kategorie: Wszystkie | Sentymenty | Tu i teraz | Tęsknota właściwa
RSS
środa, 08 lutego 2017
NASZA HISTORIA DAWNA, DAWNIEJSZA I NAJDAWNIEJSZA - CZĘŚĆ I.

Wśród różnego rodzaju świadectw historii rodziny, w wersji papierowej zapisanych, a zalegających na półkach, w szufladach i innych miejscach szaf i bibliotek w naszym domu, znalazły się następujące rzeczy, które podzieliłam na kilka grup. Oto one:

1. Mapy, przewodniki , czasopisma i inne wydawnictwa książkowe.

2. Dyplomy, medale, legitymacje, dokumenty uznania i klka wydawnictw o charakterze religijnym.

3. Świadectwa szkolne, prace plastyczne  oraz kilka starej daty fotografii.

 

Część I.

 

Na zdjęciu kikanaście numerów "Liskowianina" z lat 2005 - 2011, Słownik polsko - angielski, wydany w 1950 roku, 2 stare katechizmy, "Przewodnik po Gdańsku", kalendarz dziadka Adama z 1939 roku i stare wydawnictwo książkowe pt. " Za wolność i lud".

Kalendarz z notatkami.

 


"Przewodnik po Gdańsku" prawdopodobnie z lat 30-tych, ciekawy i pełen reklam. Także ciekawych.

 

Katechizmy z lat 1932 i 1950. Różna forma i wydawnictwo, tekst taki sam. Przeglądając owe katechizmy przypomniał mi się horror uczenia się tych tekstów na pamięć, gdy miałam 8 lat. Ale co w głowie zostało, to zostało. Nawet to, że anioły nie mają skrzydeł ani różowych, ani niebieskich, ba, wcale skrzydeł nie mają, bo są duchami. Było to stałe, podchwytliwe pytanie księdza P. K.

 

 


 


 Mapa regionu? powiatu? prowincji? kaliskiej, wykonana ręcznie, czarnym chyba tuszem, bardzo starannie i dokładnie, w języku niemieckim. Daty brak.

 

 

 


 Plany miast niestety bez dat - wyglądają na wczesne lata 50 - te.

 Poniżej perełka - plan Oslo. Też bez daty, za to bardzo ładny, solidnie wykonany i wydany. Jako dodatek mamy słownik norwesko - niemiecki, więc jedno z drugim w jakiś sposób jest powiązane. Prawdopodobnie z czasów II wojny.

 

 

No i nasza-  jakże znana- wszystkim bliska mapa Polski.

 

Kolejna perełka -  dość dziwna mapa, wydana przez Polski Związek Motocyklowy w latach 50-tych. 

 

W najgorszym stanie jest niemiecka mapa, ręcznie rysowana. Wykonana na kiepskiej jakości papierze, podklejona czymś w rodzaju cienkiej ceraty, z upływem czasu została nadgryziona jego zębem oraz pleśnią. Winien temu jest chyba klej, którym potraktowano ową ceratę.

 Pozostałe wydawnictwa kartograficzne są w dobrym stanie, z wyjątkiem okładek, co widać na załączonych zdjęciach.

Ciąg dalszy historii rodziny przedstawię w kolejnym wpisie.



wtorek, 31 stycznia 2017
HISTORIA Z SZAFY WYCIĄGNIĘTA.

Mam na myśli tę prawdziwą historię, czyli przeszłość. Podczas porządkowania rodzinnych dokumentów, pism, zdjęć i innych tego typu rzeczy i przygotowywania ich do opisu i włożenia do kufra trafiłam na bardziej i mniej stare rzeczy. W miarę wyjmowania i oglądania różnego rodzaju świadectw szkolnych z dawnych lat, należących do dziadków, rodziców, nas i naszych dzieci, dyplomów, medali, nagród, aktów notarialnych, umów itp., jestem coraz bardziej poruszona. Moje poruszenie osiąga apogeum , gdy otwieram poszarzałą, prawie rozlatującą się teczkę tekturową, wyjmuję z niej starą, pożółkłą kopertę, a z niej - LISTY, pisane własnoręcznie przez  pradziadka Andrzeja I. do synów Jana i Adama oraz list od dziadka Adama do brata Jana. Widzę je po raz pierwszy. Wszyscy mają prawie jednakowe charaktery pisma, więc na początku trudno mi określić, kto do kogo pisał. Dopiero po analizie dat oraz treści doszłam do właściwych wniosków. Listy pochodzą lat 1929, 1934 i 1938.

 

 

 

 

Co mnie urzekło w owych listach? Przede wszystkim piękne, staranne pismo, poza tym styl, jakim posługują sie autorzy. Widać, że byli to ludzie światli, mądrzy, posiadający wysoką umiejętność wypowiadania się na piśmie. Brak błędów i właściwa gramatyka świadczy o wykształceniu i praktyce w pisaniu.

 Treść listów dotyczy spraw ściśle rodzinnych, finansowych, majątkowych, problemów, jakie mają wszystkie rodziny -  i ówczesne, i współczesne. Syn i brat  Jan przebywał poza domem, utrzymywano z nim kontakt chyba tylko listowny, stąd najwięcej listów i kartek z domu wysyłano właśnie do niego. Z treści listu ojca do syna wynika, że pradziadek miał wtedy ok. 70 - ciu lat, czuł się źle i chciał uregulować sprawy rodzinno -   majątkowe. Z każdego listu emanuje silna więź rodzinna z nieobecnym synem.

Przeglądając kolejne dokumenty poza uczuciem poruszenia jestem zaskoczona. Oto w moich rękach znalazł się , napisany kaligaficznie, przepięknym charakterem pisma, AKT NOTARIALNY Z 1919 ROKU. Akt spisany w Kaliszu 19. grudnia 1919 roku. Wynika z niego, że przed notariuszem Wyganowskim stawili się "...osobiście i przytomni na umyśle, zdolni do działań prawnych włościanie: Wojciech i Katarzyna Górscy oraz Andrzej  i Franciszka Ignaszakowie..." oraz ich świadkowie, "... przez prawo wymagane przymioty posiadający...".

 

 

 

Akt dotyczy sprzedaży 62 mórg i 123 prętów ziemi, wraz z "...budynkami, zasiewami, ... płotami, studnią... , rosnącym i leżącym drzewem..., zbożem w stodole..., jedną kobyłą,  ze źrebięciem...,  pługiem, żelaznym walcem..., gnojem..., kieratem..., wszystkimi kartoflami... " itp. Sprzedaż opiewa na sumę 48000 marek. I dalej w tym pięknym stylu notariusz kontynuuje swoje pismo. Wszystko jest bardzo dokładnie przedstawione , opisane i wyjaśnione. Akt został zaakceptowany i podpisany przez obecnych, a za niepiśmiennych podpisali świadkowie.

 Co mnie urzekło w tym dokumencie sprzed prawie 100 lat? Przede wszytkim jego stan - trochę pożółkły i uszkodzony papier, jednak samo pismo, pomijając piękną kaligrafię, jest czytelne,  dobrze zachowane, czarny atrament niewiele stracił na urodzie. Kolejna rzecz, na którą zwróciłam uwagę po dość żmudnym czytaniu tekstu, to jego bardzo bogata treść. Od razu widać, co dla ówczesnych "włościan" było istotne, ważne w gospodarstwie i w życiu.

Kolejny akt notarialny pochodzi z 28 lipca 1946 roku. Przed notariuszem Madejem stawili się Adam i Józefa małżeństwo Ignaszakowie oraz ich nieletni syn Andrzej. Akt dotyczy przekazania gospodarstwa synowi oraz warunków, na jakich przekazanie ma nastąpić. Na przykład przekazujący zastrzegli sobie, że "...corocznie do końca życia... dostarczać 7 litrów mleka słodkiego nieodciąganego..., pół kilo masła tygodniowo..., co roku dwa wieprzki, wagi żywej 50 kilo, jedne na dzień 1 sierpnia, drugi na 1 marca..., 25 kg soli, 25 kg jagieł..., korzystać z ...góry i drabiny na górę...", i tak dalej, bardzo szczegółowo , co i jak ma być do końca życia przekazujących.

 

 

Ten akt pisany jest pismem maszynowym, językiem bardziej współczesnym, mam wrażenie, że jest bardziej "suchy" i oficjalny, niż poprzedni. Treść jego jest równie przebogata.

Opisałam to, co mnie poruszyło podczas przegladania dalszych lub bliższych wiekiem staroci. Odczułam powiew historii oraz szczegółną więź, łączącą mnie z osobami, o których napisałam. Szkoda, że dopiero teraz zainteresowałam  się tymi sprawami. Wiele dokumentów i innych rzeczy bezpowrotnie przepadło, nie spisano prawie żadnych wspomnień, z wyjątkiem jednej osoby, nie zachowało się wiele pamiątek.  Szkoda.

 Kolejny wpis będzie dotyczył następnych rzeczy , przeznaczonych do kufra. Znajdą sie w nim perełki, zapewniam.

środa, 21 grudnia 2016
KUFER.

 

 

W naszym domu trzech wieków i pięciu pokoleń znajduje się dużo rzeczy, od dawna traktowanych jako pamiątki oraz takich, które pamiątkami stały się stosunkowo niedawno lub niedługo nimi będą. Przede wszystkim są to zdjęcia - najstarsze robione w pierwszych latach XX wieku, kolejne poprzez dziesiątki lat, czasy wojen, międzywojnia, PRL_u i współczesnych. Zdjęcia oglądane przez każdego członka rodziny, bliższego lub dalszego, znane nam tak dobrze, że traktowane jako element domowgo życia. O zdjęciach pisałam jakiś czas temu, więc nie będę do nich teraz wracać.
Niemal w każdym pomieszczeniu, począwszy od pokojów, poprzez kuchnię,małą kuchnię, skończywszy oczywiście na strychu, w naszym domu znajdują się przedmioty dobrze nam znane, należące do zmarłych członków rodziny, wiele razy wyjmowane, oglądane i z powrotem wkładane a to do szuflady, a to do szafki, a to do środka zatłoczonego już regału. I tak sobie tam leżą, nieuporządkowane, pomiędzy innymi, mniej wartościowymi szpargałami, czekając na nie wiadomo, co. Dokumenty rozsypują się, książeczki i legitymacje tracą wygląd, żółkną i powoli butwieją. Dobrze trzymają się rzeczy nowsze, współczesne, porządniej oprawione, mniej podatne na upływ czasu.
Porządkując rzeczy po odejściu mamy stwierdziłam, że znow będzie to samo - dokumenty w koszulki i do szuflady, obok rzeczy taty, listy, szkolne zeszyty, róznego rodzaju papiery do kolejnych koszulek bądź kopert i do szuflady. Co będzie, gdy owe szuflady razem z macierzystymi szafkami zostana z domu usunięte? Czy przełożę je do kolejnej szuflady, a może włożę do dużej reklamówki i wcisnę gdzieś pomiędzy ubrania i książki?
Tak dłużej być nie może. Założyłam więc KUFER.

Ten kufer traktowany był przez nas od lat jako rzecz zbędna, zawalidroga, nikomu ani niczemu nie służył. Kupiony przed laty przez M. na flomarku w Niemczech poniewierał się najpierw w domu w Starachowicach, później, gdy opuszczałam ziemię uroczną, został przywieziony przeze mnie tutaj, postawiony gdziekolwiek i tak sobie tu i tam stał. Ostatnio w łazience, również jako mebel tam niepotrzebny.
Robiąc nieco przemeblowania w pokoju mamy trafiłam na piękne wydawnictwa, porządnie oprawione i na całą masę różnego rodzaju książek, albumów, modlitewników, obrazków kupowanych lub otrzymanych przez mamę przez wiele lat. Rzezy te leżały na półkach w szafkach, w biblioteczce, i oczywiście w szufladach. W planach mamy przemeblowanie, więc pojawił sie problem, co zrobić z tymi właściwie nikomu niepotrzebnymi wydawnictwami, książkami, albumami. Wyrzucić szkoda, bo sa pięknie wydane, wartościowe, jednak nikt nie będzie już tego czytał, ani nawet oglądał.
A może jednak będzie?
Tu dygresja - ja mam uraz do wyrzucania książek. Wydaje mi się to barbarzyństwem, niszczeniem rzeczy służących człowiekowi, nieposzanowaniem ogólnie pojętej literatury. Odnosi się to zarówno do powieści, poezji, wydawnictw albumowych, itp. po podręczniki szkolne, których niszczenie szczególnie mnie boli. Ciągnie sie za mną literacko - historyczny widok stosów polskich książek, palonych przez hitlerowców podczas II wojny - to był pierwszy koszmar, którego doświadczyłam jako dziecko, ucząc się historii Polski. Nie prześladowania, nie rozbiory, nie "Syzyfowe prace" czy "Blisko, coraz bliżej", ale właśnie widok rzucanych na stos polskich książek utrwalił sie w mojej pamięci jako symbol prześladowania polskości.
Niestety, ze względu na nadmiar starych i bardzo starych, wręcz rozsypujących sie wydawnictw, zalegających wszystkie półki w domu, i ze względu na fakt, że juz nikt nie będzie czytał tych książek, zmuszona byłam zrobić brutalny odsiew. Te bardziej wartościowe oddałam do biblioteki gminnej(ok. 60 sztuk), pozostałe poszły do pieca. Żal, ale co było robić.
Wracając do sedna - może minie czas internetu, byle jakich wydawnictw, służących na krótko tylko jednej osobie, a potem przeznaczonych na opał lub wyrzuconych do śmieci? Może za jakiś, bliżej nieokreślony czas te książki i albumy nabiorą głębszej wartości, staną sie pożądanymi, wręcz bezcennymi wydawnictwami?
Dziś postanowiłam, co się da, umieścić w kufrze, a sam kufer na razie znalazł miejsce w zielonym pokoju pod ścianą.



Na początku w kufrze znalazły sie pięknie wydane religijne i geograficzne wydawnictwa, których szkoda było wyrzucić, a które na razie nikomu nie posłużą. I chyba nigdy nie służyły. Jednak ze względu na porządne wydanie i oprawę mogą cieszyć czyjeś oczy.
Jako kolejne do kufra powędrowały różnego rodzaju dokumenty, listy, kwity, zeszyty ze szkolnych lat rodziców i dzieci, stare modlitewniki, pocztówki itp.



Tak oto w stosownym opakowaniu (tmczasowym) znalazły się nan początek:
-dwa modlitewniki - jeden z 1926 roku, drugi z 1956.


-pozwolenie na broń pradziadka Andrzeja Ignaszaka, wydane w 1926 roku:


-dowód osobisty pradziadka, wydany w 1926 roku:


- kalendarzyk z 1959 roku, zawierający notatki z rozwoju dzieci (jestem w nim chwalona, jaką to jestem mądrą dziewczynką, ha. Wszystkie zresztą jesteśmy.)


- słownik niemiecko - norweski, nie wiadomo, do kogo należący, prawdopodobnie do któregoś z Niemców, mieszkających w naszym domu podczas wojny:


- notatnik z przepisami, napisanymi pięknym, kaligraficznym stylem, niestety w języku niemieckim:


- zeszyt do języka polskiego, należący do młodziutkiej, nieznanej osoby, być może do cioci Danusi.


- zeszyt do religii i języka łacińskiego, należący do mamy:


- z czasów współczesnych - Program Koncertu Dyplomowego dla Studentów Edukacji Muzycznej:


- dużo kartek okolicznościowych i listów, pisanych przeze mnie z ziemi urocznej do rodziców oraz przez inne osoby:

 

- kilka listów moich dzieci, pisanych do babci i dziadka, gdy miały 6-7-8 lat:


- akt małżeństwa rodziców:


- nasz akt małżeństwa i świadectwo ślubu kościelnego:


- różnego rodzaju legitymacje mamy:


- fotografia pradziadków ze strony mamy, wykonana w 1934 roku:

 
- oraz kilka naszych zeszytów ze szkoły podstawowej, książeczki turystyczne, wydawnictwa sanitarne i kilka zdjęć.
Z biegiem czasu będę dokładała do kufra kolejne rzeczy, stosownie je opisując. Niestety, okazuje się, że wbrew pozorom nie jest on zbyt pojemny, w związku z czym będę musiała się zastanowić, co jeszcze do niego włożyć.

 

 

 

poniedziałek, 01 sierpnia 2016
SURMY BOJOWE.

Wpis niemal "na żywo", bo bezpośrednio po obejrzeniu i wysłuchaniu powstańczych śpiewanek na Placu Piłsudskiego w Warszawie. Piszę od razu, bo za chwilę emocje miną i jutro zapomnę. 

  Lubię oglądać masowe koncerty "ku czci", podoba mi się to, że tak wielka ilość ludzi, odsuwając na bok swoje przekonania, poglądy, zajęcia, obowiązki, lenistwo, wygodę wychodzi z domu lub jedzie kawał drogi po to, żeby wspólnie "zażyć" emocji, pośpiewać, zabawić się. Otóż to - zabawić.

 Dzisiejszy koncert pieśni powstańczych, jak zresztą co roku, wzbudził we mnie różne uczucia. Po pierwsze: smutek, nostalgia, skurcz serca, jaki wywołuje np. "Marsz Mokotowa" czy "Warszawskie dzieci" - piosenki, których uczyłam się w szkole, śpiewałam na obozach lub po prostu dla przyjemności, może dlatego, że łatwo wpadały w ucho i były rytmiczne. Dawniej nie zastanawiałam się nad tym, o czym mówią,  w jakim czasie powstały ani kto je stworzył. Obecnie przemawiają do mnie aż nadto.

 Nie wiem, jakim cudem, ale dopiero na tym koncercie usłyszałam po raz pierwszy " Sanitariuszkę Małgorzatkę".


 

I zadziałała wyobraźnia. Oto młoda, piękna dziewczyna, warszawianka, żyjąca pełnią szczęścia w wygodnym mieszkaniu, lubiąca się bawić, ma nieszczęście żyć w tak okrutnych czasach. Jak zresztą wielu jej podobnych, młodych ludzi. Małgorzatka prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy, nie przyszło jej do głowy, że to lekkie, łatwe pełne radości życie zakończy się  w tak okrutny sposób. Wiadomo, wojna.

 A cóż my na ten temat? Cóż ja?  Usiadłam przed telewizorem, znalazłszy uprzednio stosowną informację w Teletygodniu, spiesząc się zresztą, żeby zdążyć, przełączyłam program i z PRZYJEMNOŚCIĄ oddałam się oglądaniu i nuceniu. No i dopadła mnie myśl, że oto ten koncert, śpiewanie wspólne tych pieśni jest dla nas, ludzi obecnych czasów, przyjemnością. I gdyby nie fragmenty wydarzeń, filmów, "lecących" na ekranie, przyjemność byłaby pewnie większa.

 I właśnie o tę przyjemność, frajdę mi chodzi. Mam jakiś wyrzut sumienia - siedzę wygodnie, słońce zachodzi, firanka spokojnie powiewa, jutro będzie dobry dzień, jest miło - czy powstańcy w płonącej Warszawie, morzu ognia i śmierci wokoło pomyśleli przez chwilę, że za lat ponad 70 będą ludzie, którzy słuchając ich pieśni przewodnich odczują tylko przyjemność? Pośpiewają, pogadają, pójdą do domów na kolację, do pubu na piwo i spokojnie położą się spać, żeby jutro po prostu zapomnieć. Ot, życie.

wtorek, 12 lipca 2016
MOJE SUKNIE, CZYLI TAJEMNICA STAREGO NESESERA.

  - Czy jest gdzieś zbędna torba podróżna? - zapytał M. poszukując czegoś do upchnięcia roboczych ubrań.

 - Nie ma - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

 M. nie daje za wygraną - widziałem na strychu mój stary neseser.

 Ścierpłam wyobrażając sobie ów stary, brudny, śmierdzący grzybem, zakurzony do niemożliwości neseser, który miałam czyścić i suszyć.

 Nie namyślając się wiele M. wszedł na strych i zniósł rzeczony neseser - stary, sztywny, czarny, zamykany na ekspres, pokryty wieloletnim kurzem, dawniej nawet dość elegancki. Mieliśmy takie dwa.

 Otwieram go podchodząc jak pies do jeża i oczom moim ukazuje się zawartość - MOJE SUKNIE. Skrzętnie zapakowane i przechowane przez moją mamę moje suknie z dawnych lat.

 Oto one i historie z nimi związane:

 

SUKNIA NR.1

 

To sukienka ze studniówki. Studniówka odbyła się w styczniu 1974-go roku w Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Asnyka w Kaliszu. Towarzyszył mi kuzyn - J.P. Zabawa była przeciętna, przynajmniej ja tak ją odebrałam.  J.P.wpadła w oko moja koleżanka, więc nie oglądając się na nikogo, czyli ani na mnie, ani na partnera koleżanki zabawiał się z nią od czasu do czasu. Byłam zła. 

 Na studniówce dominowały stroje czarno - białe typu spódnica i bluzka, kreacje były jednak strojne i gdzieniegdzie trafiało się coś kolorowego. Pamiętam poloneza tańczonego przez całą szkołę, wiedzionego przez dyrektora D. oraz nasze tańce. Nie pamiętam, czy grała orkiestra, ale pewnie tak.

Studniówka skończyła się o godz.4 nad ranem. Poszliśmy z J.P. do rodziny, mieszkającej niedaleko szkoły, żeby poczekać na mój autobus do domu o godz. 6 rano. Do dworca PKS było niedaleko, ale trzeba było przejść przez wielki, pusty plac, minąć kilka ulic i planty, a zimą było jeszcze ciemno. Szłam sama, bo J.P. nie odprowadził mnie na ten dworzec. Znów byłam zła i źle sobie o nim myślałam. Sądzę, że słusznie.

  SUKNIA NR.2

Sukienka, uszyta specjalnie na sylwestra 1974 - pierwszego sylwestra, na którego zaprosił mnie mój M., kiedy jeszcze niby nic, ale jednak coś... To był I rok studiów.

Impreza odbyła się u naszego kolegi Pawła, w Poznaniu, w jego domu przy ulicy Szczepankowo. Byliśmy my i kilka zaprzyjaźnionych par. Dziewczyna Pawła nie przyszła, więc chłopak był zrozpaczony i było mi go szkoda. Prywatka jak prywatka - alkohol lał się strumieniami, dziewczyny zajęły się cateringiem, Paweł był znawcą i fanem dobrej muzyki, więc zabawialiśmy się przednio. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam śpiew Janis Joplin.

 No cóż... jak to w sylwestra, skończyło się polegnięciem niektórych i niemożliwością powrotu do akademika. My dziewczyny wróciłyśmy taksówką, a chłopcy pewnie odbyli poprawiny. Czasem wspominamy z M. tego sylwestra...

 

SUKNIA nr.3

 

To suknia z innej bajki. Jest lato 1976-go roku, skończyłam II rok studiów. Zostałam zaproszona przez M. do Starachowic  na wesele jego sąsiadki. Po raz pierwszy miałam pojechać do ziemi urocznej i poznać rodzinę M. Zanosiło się na życiowe wydarzenie. Mama nakazała mi być zawsze grzeczną i uprzejmą, zachowywać się, jak należy i pozostawić po sobie dobre wrażenie. I tak było.

 Do Star. pojechaliśmy "okazją", ponieważ była to wówczas nasza najlepsza forma podróży. M. jechał z Poznania, ja czekałam na niego i tę okazję w Kaliszu przy ul. Poznańskiej. Mniej więcej o umówionej godzinie podjechał Żuk, półciężarówka przystosowana do przewożenia ludzi. W środku 2  ławki po bokach, jakieś narzędzia , kilku nietrzeźwych pasażerów i mój M. Jechali do Opoczna. Było niemiło.

 W Opocznie złapaliśmy kolejnego stopa do Starachowic. Była już głęboka noc, właściwie prawie świt - godzina 3 nad ranem, gdy wysiedliśmy na skrzyżowaniu  przy ul. Miodowej. Do domu M. szło się kilkanaście minut pod górkę - nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś będzie to moja codzienna droga do i z pracy... Do tego czasu musiało jednak minąć jeszcze 8 lat.

 No cóż... Szliśmy, szliśmy, aż doszliśmy. Oboje z duszą na ramieniu, a jakże. Wchodzimy, na powitanie wychodzi nam stosunkowo młoda pani i nieco starszy pan. Witamy się, przedstawiamy, pierwsze lody przełamane. Obie siostry M. były na obozie, więc nie miałam okazji wtedy ich poznać. Jedna miała 13 lat, druga 15. 

 Wesele było  dosłownie "za płotem", czyli u sąsiadów, mieszkających niemal drzwi w drzwi. Właściwie u nich była "sala taneczna" w plenerze, czyli drewniany podest, otoczony gałęziami brzozy, a przyjęcie dla gości przygotowane było w domu rodziców M.  Mama M. była chrzestną panny młodej.

 Był lipiec, ciepła i pogodna noc, i była olimpiada  w Montrealu, a na drugi dzień nasi siatkarze zdobyli  złoty medal. Mecz był oczywiście w środku nocy, ze względu na różnicę czasu, nie mogłam spać, ponieważ M. z tatą ten mecz oglądali głośno i hałaśliwie. 

Poznałam również Funię, suczkę bokserkę, którą jako małego szczeniaka kupiłam w schronisku w Poznaniu jako prezent dla M. na jego grudniowe urodziny. Funia miała już 10 miesięcy i była bardzo ładna. Niestety, po jakimś czasie przepadła bez wieści.


 SUKNIA NR.4.

 

Zwana przez rodzinę "srebrną suknią", niestety z przekąsem. Skrytykowana od samego początku jako kicz i bezguście - najpierw przez koleżanki z akademika, potem przez rodzinę. Może mieli rację, ale nie do końca, bo materiał mi się podobał, dobrze w niej wyglądałam,  a i  teraz sukienka wygląda bardzo ładnie. 

Na zdjęciu nie wyszła dobrze, była pognieciona i nie chciała się właściwie ułożyć. Brak jej także ozdobnego sznureczka, który przeplatał przód sukni.

 Dużo nasłuchałam się na temat tej sukni. Może przez ten srebrny,  brokatowy wzór na materiale? Mniej więcej wygląda tak, chociaż nie wiem, dlaczego zdjęcie wyszło zielone:


 

Srebrna suknia została uszyta na Bal Zootechnika, na II lub III roku studiów. Tradycyjne bale uczelniane odbywały się jesienią lub zimą - był Bal Zootechnika, Rolnika, Ogrodnika i pewnie kilka innych.  Co roku byliśmy na którymś z nich. Bal odbywał się w sali "Olimpii" przy ul. Grunwaldzkiej.  Dziewczyny szykowały suknie balowe, chłopcy występowali w garniturach, grała poważna orkiestra, można było się dobrze zabawić. Najgorszą sprawą było dostanie się na ów bal, ponieważ zwykle było ciemno i  zimno, a stanie na postoju taxi w balowej sukni  i stosownych butach do przyjemności nie należało.

 Były więc tańce, hulanki, swawole,  zdarzył się również feralny powrót do akademika, gdy podczas pobalowej, uzasadnionej kłótni M. zostawił mnie w środku zimowej nocy samą na postoju taksówek pod hotelem Merkury, a sam ciężko zawiany powędrował środkiem ul. Roosevelta rzekomo do akademika, odległego o kilka kilometrów. Do mojej taksówki nie chciał wsiąść, unosząc się honorem. Oczywiście zatrzymał go patrol MO, pytając, kim jest i co tu robi. Odpowiedział, że jest zootechnikiem i wraca z balu. 

 Na drugi dzień poszłam dyskretnie sprawdzić, czy jest w swoim pokoju. Był.

 

SUKNIA NR.5

 

 

Ślubna, miałam ją na sobie podczas ślubu cywilnego 29 października 1977 roku. Ślub odbył się w USC w Liskowie. Na uroczystości było dużo ludzi, prawie wszyscy zaproszeni na wesele. Ślub ten wspominam jako miłą, sympatyczną uroczystość. Moja sukienka koloru różowo - koralowego pasowała do garnituru M. w kolorze morskim. Garnitur ten był ładny.

 Po uroczystości w USC wróciliśmy do domu na wesele.  Było około 50 - ciu osób. Bawiono się przy muzyce z magnetofonu i wszystkim było wesoło. A po kilku dniach trzeba było wracać do Poznania, do zwykłych, codziennych spraw. Pamiętam ogromny tłok w pociągu i to, że prawie cała drogę staliśmy.

 

SUKNIA NR. 6.

 

 

Ślubna. Posłużyła do ślubu kościelnego 24 czerwca 1978 roku. Tej sukience czegoś brakuje u góry, ale nie mogę sobie przypomnieć, co tam jeszcze było. Obszyta jest koronką, której nie widać na zdjęciu.

 Ślub odbył się w kościele w Liskowie o godzinie 17 -tej. Potem było nasze drugie wesele, które stało się jednym z najfajniejszych wesel w historii. Tak przynajmniej twierdziła większość zaproszonych gości. Niektórzy do dzisiaj wspominają noc świętojańską, wianki, puszczane na wodę w stawie, ognisko w sadzie i pieśni tam śpiewane, wujka M. który chcąc wyłowić wianek wpadł do stawu, spanie na trawie i w stodole, barszcz, który ugotowała mama M. na drugi dzień po weselu i który zrobił furorę wśród spożywających. Ukoronowaniem wesela było wspólne zdjęcie wszystkich uczestników, które często oglądamy.

 W tym czasie trwał Mundial w Argentynie i po naszym powrocie z kościoła jako pierwsze danie było oglądanie meczu o złoty medal pomiędzy Brazylią a Włochami. Wygrała Brazylia. 

Nie wiem, co zrobię z sukniami. Są stare, duże, mają swoisty zapach i chyba nikomu już nie posłużą. Ale... Skoro przeleżały w walizce przez  40 lat, mogą chyba poleżeć dłużej?


czwartek, 02 czerwca 2016
BURZA UROCZNA.

 

Na oczach mi się kładzie ta ziemia uroczna,

nasyca się modrością śród zmrużonych powiek,

garbata od gór łysych, leśna i obłoczna -

- uśmiecha się, jak stary, zamyślony człowiek...

 

Nie da się uciec od ziemi urocznej, zwłaszcza podczas majowej, właściwie czerwcowej już, pogody - upału, ciężkich chmur na niebie, burzy, wiatru i ulewy. Aura kilku ostatnich dni mimo woli  nasuwa wspomnienia świętokrzyskiej burzy z piorunami, grzmotami i czarnymi chmurami, idącymi od Świętego Krzyża. Owe burze utkwiły mi w pamięci - były gwałtowne, huczące, groźne, z wielkimi deszczami i silnym wiatrem. Bałam się, jednocześnie byłam zafascynowana niespokojnym ich pięknem.

 Wracając z pracy, czekając podczas burzy na autobus, który zwykle był spóźniony, drżałam ze strachu, mając za plecami szumiący las,  przed sobą łąki i  szerokie pole a nad sobą walące pioruny, równocześnie wdychałam oszałamiający zapach wszelkiego rodzaju kwiecia, bujnie porastającego tamtejsze łąki. Ten burzowy aromat późnej wiosny, widok kwitnących łąk i morza zieleni,  połączony z niepokojem oraz radością życia stworzył atmosferę, która powraca tak, jak powróciła dzisiaj, wczoraj i pewnie nieraz powróci, gdy niebo zasnuje się chmurami, a upalna pogoda wywoła burzę z piorunami. Świat zapachnie  zielono i dusząco, jak pachniał w tamtym, dobrym życiu. 

 


niedziela, 22 maja 2016
BZÓW SZALEŃSTWO.

Bzy były u nas od zawsze. Rosły sobie od wschodniej strony, jako roślina graniczna z polem sąsiadów. Sięgając pamięcią do lat dziecinnych widzę, jak rozkwitają liliowym kwieciem, pachną oszałamiająco,  urzekają swoją urodą - to bardzo stare bzy, rzadko już spotykane, i zawsze takiej samej wielkości, jakby przez całe lata stały w miejscu. Kilka lat temu miały zostać usunięte, ponieważ zacieniają warzywnik, jednak  zrobiło nam się ich szkoda i obcięliśmy tylko gałęzie prawie do samej ziemi. Odrosły niemal natychmiast i szybko osiagnęły właściwą im wielkość, a nawet wypiękniały, odmłodziwszy się nieco.

 W maju czekało się na bzy, na ich pachnące kwiaty, mokre przy wąchaniu, miłe w dotyku, wywołujące jakieś nieokreślone wzruszenie. W gęstwinie bzowej gnieżdżą się ptaki i śpiewają słowiki.

 Krótki jest czas bzów. W tym roku wyjątkowo zaszalały, zrobiłam więc kilka zdjęć:

 

 

 

 

 

 


IM TEŻ SIĘ NALEŻY.

 

 

 

 

TULIPANY, JAKIE BYŁY , KAŻDY WIDZI...

Lepiej późno, niż wcale - ze względu na notoryczny brak czasu zaniedbałam najpiękniejszą dla mnie porę roku, jaką jest przełom kwietnia i maja. To przede wszystkim czas tulipanów. Nie kwitły w tym roku tak bogato, jak dawniej, jednak cieszyły oczy i oczywiście zostały sfotografowane - ku pamięci.

 

 

 

 

 

 


 



środa, 13 kwietnia 2016
JUŻ NIE TĘSKNOTA?

Jadąc kilka dni temu do ziemi urocznej nie mogłam obserwować krajobrazu, ponieważ prawie całą drogę było  ciemno. Szkoda, bo zawsze, gdy dojeżdżamy do Starachowic, na horyzoncie ukazuje się nasz ulubiony, znany od lat widok miasta na wzgórzach wraz z jego charakterystycznymi miejscami - blokami, kościołami, kominami oraz światłami.

 Teraz też tak było - tuż za Wąchockiem ukazała się nocna panorama Starachowic, może bogatsza w oświetlenie ze względu na rozwój miasta, niż było to 25 lat temu, ale jakże bliska i znajoma. Mówię więc do M., z którym jechałam, że przed nami znajomy widok. On potwierdza i pyta: " Mamo, czy jadąc tutaj wciąż czujesz, że jedziesz do siebie?"

Przeanalizowałam błyskawicznie swoje uczucia i okazało się , ze NIE. Nie wracam do siebie, nie czuję tego, że to moje miejsce, moje miasto, moje życie. Z biegiem lat utraciłam tęsknotę, która na początku  była dotkliwa i nie pozwalała od nowa zakorzenić się tu, gdzie jestem, z czasem osłabła, i oto teraz okazało się, że prawie całkowicie zanikła. Jadąc do St., czuję, że jadę do ludzi, do dzieci, do rodziny, ale nie do siebie. Coraz bardziej czuję się tu gościem, niż mieszkańcem. Starzy znajomi, dawne życie, praca, szkoła - to wszystko rozwiało się, przestało mnie interesować, powoli zapominam... Trochę szkoda, ale za to będąc w ziemi urocznej (która uroczną pozostanie na zawsze) już na drugi dzień zaczynam myśleć o miejscu, gdzie obecnie mieszkam, tęsknić do moich róż i tego wszystkiego, czego własnymi rękoma dokonałam - okazuje się , że nie całkiem zatraciłam umiejętność tęsknienia za moim  miejscem na ziemi, a był czas, kiedy myślałam, że jestem zawieszona w próżni, w jakimś bycie - niebycie, trochę tu, trochę tam. Decyzja zapadła poza moją świadomością i brzmi: TU.

 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19